Korona z wybiegu nie spadnie, czyli o monarchii buszującej w modzie

  • by

Najdroższe materiały. Ciężkie i mięsiste – przygniatające noszącego nie mniej niż jego własna historia. Mieniące się misterne hafty lśniące niczym królewskie klejnoty – osiągające pełen blask dopiero, gdy stopią się z delikatnością skóry. Nasycone barwy przypominające wypieki gapiów obserwujących wysoko urodzonych. Szelest falban rozpościeranych zamaszystością pewnego kroku. Łabędzie szyje wyprężone w wychyleniu zza sztywnych kołnierzy – na nich zatknięte nieruchome głowy obciążone potężnymi, wysmakowanymi nakryciami. Pełne gracji gesty dłoni – nieśmiałe, jednak nasycone dystyngowaną wyższością. Bogactwo mody, bogactwo życiorysów i bogactwo osób, które do tego aspirują. Rozpasany kunszt, ekstrawagancja i dekadencja. Przymiotniki, które w filmowym ujęciu charakteryzują monarchię. Przymiotniki, które w popularnym ujęciu mogą charakteryzować również modę – od lat kojarzoną ze zbytkiem i wyjściem poza jedynie utylitarne cechy ubrań. Królewskość – zarówno w rodowym, jak i w modowym ujęciu – nakazuje patrzeć. Doceniać, zazdrościć i pożądać. Chcieć wniknąć w to, co teoretycznie niedostępne – to, co przez naśladownictwo staje się niemal na wyciągnięcie ręki. 

Okryte grubą warstewką kurzu portrety w momentami przezabawnych ujęciach – wdech, zatrzymanie oddechu, poważna mina, uniesiona broda. Pozy niemal tak sztywne jak zasady etykiety, którą powinni się kierować. Monarchowie przyjmujący błogosławieństwo i przekleństwo swoich rodów, wyjadający ze złotej tacy ostentacyjne konwencje. W tym te, dotykające garderoby. Choć nie potrzebują oprószenia majestatu ani gramem lśniącego brokatu, są najbardziej namacalną manifestacją luksusu. 

Po drugiej stronie – aspirujący odbiorcy. Mniej, lub bardziej otwarcie przyznający się do swojej fascynacji. Widzowie niczym na królewskich igrzyskach kibicujący bluszczowi historii porastającemu potężne drzewa genealogicznie. Na to, co pozornie poza zasięgiem, za palisadą legendy, patrzy się przecież z rozszerzonymi źrenicami i zroszonymi skroniami. Jakby samo patrzenie było wykradaniem boskich tajemnic i uzurpowaniem sobie prawa do midasowych roszczeń. Choć w dobie niemal wyznaniowych zmian w podejściu do mody – od bizantyjskiego przepychu, do franciszkańskiego ascetyzmu – niepopularnym podejściem byłoby przyznawanie się do chęci przydania sobie statusu dzięki podpatrywaniu tych epatujących luksusem, większość z osób pałaszujących modę ze smakiem ma ochotę raz na jakiś czas zarzucić sobie na plecy wariację na temat peleryny z soboli.

Na wstępie naszkicujmy sobie jedno – fascynacja koronowanymi głowami w największej mierze kojarzy nam się z krajem deszczem i herbatą płynącym. Słusznie? Jak najbardziej – z prostej przyczyny. Brytyjska monarchia panuje i choć dla wielu wydaje się być skamieniałym reliktem przeszłości, dzięki nieustannej obecności, głęboko zakorzeniła się w popkulturowej zbiorowej świadomości. Cóż, jeśli jeszcze chętniej niż po inspiracje Kate Middleton i Lady Di, projektanci wciąż sięgają do czasów elżbietańskich…wszystko wydaje się już jasne.

Moment w historii zwany “złotą erą” Wielkiej Brytanii był pysznym tortem złożonym z najlepszych dzieł Szekspira, relatywnego spokoju i dobrobytu. Następne epoki idealizowały ówczesny renesans – nie unosi więc żadnej brwi fakt, że zarówno twórcy filmowi (pierwszy lepszy przykład – “Gra o tron”), jak i wspomniani artyści zajmujący się szeroko pojętą modą, wciąż oblizują palce po tej pysznej mieszance. Jakby żadna epoka przed, ani żadna epoka po, nie była tak ewidentnym wachlarzem zasłaniającym bogactwo i status przed przeciętnością. Wieczna, rudowłosa dziewica o wysokim czole i ołowianym pudrze na ospowatej twarzy (tak, mówimy tu o imiennej poprzedniczce Elżbiety II, Elżbiecie I), wprowadziła nawet prawo, które wyraźnie ograniczało powszechną ekstrawagancję, otaczając murem obostrzeń konkretne kolory i tkaniny, rezerwując te najbardziej jaskrawe i kosztowne dla wyższych sfer. Jednak zdefiniowany na lata kanon królewskości to co innego – mianowicie kryzy, spłaszczający i wypychający piersi ku górze gorset i sylwetka w kształcie krzyża. Projektanci nie mieli najmniejszego problemu w tłumaczeniu klasycznych dzieł na dwudziesty pierwszy wiek. Idealnym przykładem może być pokaz domu mody Alexander McQueen z 2013 roku, spod ręki Sarah Burton. Kopce z koronek, inkrustowanie perłami i metaliczne pończochy. To wszystko zaowocowało modowym misterium wkraczającym niemal w sferę sacrum. 

Idąc dalej tropem projektantów odbijających królewskie nawiązania niczym promienie słoneczne od rodowych klejnotów, trafiamy na Johna Galliano, który bardzo często czerpał garściami z estetyki tych, którzy na tronie. Idealnym przykładem była jesienna kolekcja haute couture dla domu mody Dior z 2004 roku – wszystko było ROYAL. Sterty materiałów (Kurkova utknęła w swojej kreacji w drzwiach), niebotycznie wysokie platformy, makijaż rodem z teatru kabuki i zahaczające o kicz tony biżuterii – wszystko z wielkim przepychem, ale też nieco niedbale, zaburzając decorum, jakby królewska biała rękawiczka dotknęła brudnej dłoni ulicznicy. 

Weźmy teraz jednak fortugał za pas (dla tych zachodzących w głowę, co to u licha jest – stelaż nadający spódnicy kształt dzwonu, popularny w czasach elżbietańskich) i katapultujmy się szybko do kolejnej epoki, mianowicie do czasów Imperium Brytyjskiego nad którym nigdy nie zachodziło słońce. Era wiktoriańska stereotypowo kojarzy się z surowością, powściągliwością i purytańskim podejściem do ciała, gdzie normy były równie ciasne, jak noszone wówczas gorsety. Zachowawcze kroje, pełne spódnice, zwracające uwagę rękawy i stójki przy szyi mogą posłużyć za asy w modowym rozdaniu tej epoki. Dorzućmy jeszcze dla smaku brak makijażu, gładko zaczesane włosy i cenioną ponad wszystko rozważną skromność. Wszystko to za sprawą wyjątkowo długiego panowania Królowej Wiktorii – piewczyni popularyzacji wyjątkowo sztywnego kodeksu zasad moralnych. Co zrozumiałe, monarchia nie kojarzyła się więc wówczas z jednoznacznym przepychem. 

Przyglądając się obecnym tendencjom w modzie, które wyraźnie rysują tęczową przyszłość świadomym zakupom, zwrotowi ku naturalności i przedkładaniu indywidualizmu oraz jakości ponad fastfoodowe tendencje sieciówek, nie powinno nas zdziwić wyciągnięcie z modowej szuflady inspiracji wiktorianizmem. Tendencja do podkreślania autentyczności, noszenia jakościowych materiałów i czerpania faktycznej przyjemności z noszenia ubrań, które zazębiają się z naszą osobowością nigdy nie była tak silna. Choć niektóre trendy przekwitają szybciej niż magnolie, luźne zwroty ku dziewiętnastowiecznym wyobrażeniom są czymś w rodzaju modowego zeitgeistu. 

Za przykład niech posłuży pokaz Chanel Métiers d’art z roku 2014/15, kiedy to Karl Lagerfeld zabrał nas w podróż z jak zwykle najwyższym krawiectwem w tle. Modelki na dłoniach miały przezroczyste rękawiczki, szyje przyozdabiały czarne wstążki, zaś ramiona kapy i sięgające ziemi płaszcze. Dołóżmy do tego charakterystyczne buty za kostkę zapinane na rząd guzików i paletę barw przypominającą jesienny las – zgaszone zielenie, gołębie szarości i zmurszałe, brązowe pnie drzew. 

Połóżmy jeszcze kandyzowaną wiśnię na bitej śmietanie, creme de la creme, królewskich odniesień, mianowicie na epoce edwardiańskiej. Krótka, ale wyważająca drzwi do wielu inspiracji, które zdają się nieustannie powracać. Król Jerzy VI mógł więc z zaciekawieniem przyglądać się epoce, którą nie bez powodu nazywano La Belle Epoque – luksus miał wówczas swój najlepszy czas i był to ostatni moment w historii, gdy moda była najpiękniej i najmniej…praktyczna (sama Mademoiselle Chanel tęsknie wzdychała do ówczesnego poczucia estetyki). Ogromne rękawy przypominające jagnięcą gicz, przy tym wątła jak trzcina kibić i proste spódnice. Dużo misternych koronek i falban przy dekolcie, który kontrastując z talią przypominał pierś gołębia. Ideał? Istniał – bardzo wyraźny. Nowa kobieta nazywała się Gibson Girl – lubiła sport, wdawała się w ironiczne, słowne szranki z mężczyznami i miała znudzoną konwenansami minę. 

Edwardiańskie wpływy, zdobywając chyba największą popularność w modzie codziennej, zerkając raz po raz na kreacje z kultowego “Pikniku pod Wiszącą Skałą”, są widoczne na wybiegach poprzez złapane na lasso metafory sylwetek z fin de siècle. Projektantem, który wyjątkowo chętnie sięga po edwardiańskie nawiązania jest Erdem – zawsze balansujący na granicy mrocznego romantyzmu, nigdy nie zakrawającego o jakikolwiek wymiar kiczu. Spójrzmy tylko na jego kolekcję wiosna/lato 2019. Nieco nihilistyczny romans pełen sennych negliży, welurowych brokatów, zmysłowej satyny i koronki. 

Mamy już zatem wypisane złotymi literami strony królewskich dziejów, z motywem mody jako osią fabuły. Patrząc na sylwetki na wybiegach można niemal złapać ducha monarchy przenikającego przez tkaniny – ulotne, ale jednak widoczne zjawisko. Co więc z konkretnymi osobami z krwi i kości, które stały się pomostem pomiędzy tym co bosko wysublimowane, a przyziemnie znajome? Zmaterializowane dzięki silnym, charyzmatycznym osobowościom, które były rewolucją, skandalem i zwiastunem skruszenia sztywnych zasad. Przed Kate Middleton i Meghan Markle istniały pionierki, które dziarsko zadzierały sobie z etykietą, a nie jedynie wpływały na gusta.

Wallis Simpson

Femme fatale. Kobieta, przez którą król Edward VIII abdykował. Rozkochana w awangardzie, koneserka sztuki- za którą uważała modę. Wyprzedzająca epokę, ekscentryczna. Kiedy Chanel wyzwalała kobiety z gorsetów, ona promowała sznurowane dzieła Bochera. Nie uważała siebie za piękną kobietę – wiedziała natomiast, że była magnetycznie interesująca. Była muzą dla Schiaparelli, która romansowała z surrealizmem Salvadora Dalego. Tak powstała najsłynniejsza kreacja Simpson – wieczorowa suknia z motywem homara autorstwa Dalego. Zwiewność kreacji z organzy i drapieżność wielkiego, czerwonego motywu – niezawodny mariaż zaskoczenia i kontrastu. Choć rodzina królewska nigdy nie uznała statusu Wallis, nie przeszkodziło jej to w zostaniu pierwszą tak świadomie kreującą swój wizerunek osobą z (niegdyś) królewskiego światka. Dla Wallis ubrania były, doskonale zresztą skrojoną, zbroją – wiedziała jak w pozornie spełniającym normy ubraniu zaatakować odbiorcę nieoczywistymi niuansami prosto w oczy.

Księżniczka Małgorzata

Kolejna rebeliantka wykradała się nudnym i trącącym myszkom realiom monarszej mody pod czujnym okiem swojej starszej siostry, Elżbiety II (tym bardziej – chapeau bas). Skandalistka (wszak to ona wzięła pierwszy od 400 lat rozwód w rodzinie) i imprezowiczka – rozkochana w powojennym Londynie. Jako pierwsza z rodziny królewskiej pokochała New Look Diora, nadając sylwetce młodzieńczej lekkości. Zakochana w swingującym Londynie, bawiąca się do upadłego z artystyczną śmietanką, podążająca za najnowszymi trendami – wszyscy wiedzieli co oznacza “the Margaret look”. Choć jej osobiście ulubioną kreacją była różowa, tiulowa suknia Diora z roku 1951, rozbujana w swojej ostentacyjnej wytworności, Małgorzata była papierkiem lakmusowym świeżych tendencji w modzie – reagowała żywo i szybko, chętnie porzucając diamenty na rzecz jaskrawej, sztucznej biżuterii.

Księżna Diana

Nie mogło zabraknąć Księżnej Serc, której styl jest nam najbliższy nie tylko poprzez oczywistą chronologię, ale przy tym przez trend sięgający do lat 90. Dla wielu styl Diany był na samym początku zachowawczy, pełznący w stronę kiczu – pełen niezbyt fortunnie dobranych strojów niepasujących do wiecznie zawstydzonej księżnej z fryzurą przypominającą mopa. Później skorupka konwencji zaczęła pękać, zupełnie jak na pysznym creme brulee – skrywając postać niezwykle świadomą swoich wyborów, jak i swojego seksapilu – była ikoną, która nie obawiała się pokazywania ciała (nagie ramiona, dekolty na plecach), szczególnie po rozbracie z rodziną królewską. Wystarczy tutaj wspomnieć słynną zmysłową, małą, czarną “sukienkę-zemstę” z roku 1994, ukazującą niesamowitą figurę i młodzieńczą energię Diany. Lubiła bawić się kolorami od cukierkowych różów i fioletów, po mocne czerwienie. Przez nagonkę paparazzi, była również pierwszą z rodziny Windsorów fotografowaną podczas każdej możliwej prywatnej okazji – stąd też do kanonu weszły jej miękkie swetry, sportowe buty i spodenki kolarskie. Czy na etapie modowego wyzwolenia, czy nie – Diana zawsze unikała sztampy, starając się przekuć etykietę na świadome wybory garderoby.

***

W nihilistycznym XXI wieku każda sfera życia tworzy bulgoczący tygiel, w którym zacierają się granice pomiędzy tym, co stereotypowo wysokie i tym, co niskie, tworząc demokratyczny misz-masz tego, co w zasięgu ręki. Monarchia zeszła już z piedestału i stała się kolejnym trybikiem w popkulturowej machinie, o nieco zmurszałym rodowodzie. Nie wzbudza już respektu, jednak wciąż budzi ciekawość. Kolejne kreacje koronowanych głów są kopiowane tak szybko jak odbitki Warhola – zarówno poprzez masowe odszywanie kopii kreacji, jak i przez wybory padające na ogólnodostępne sieciówki. To, co wydawało się tajemnicze, jest teraz namacalne, widoczne na wieszaku i w lustrze. Koroną staje się zainteresowanie mediów i pogłaskanie przez krytyków mody. Mało tu jaskrawych osobowości, indywidualistów chcących przez modę komunikować coś więcej, niż wyjątkowo grzeczne przestrzeganie etykiety. 

Choć z monarchii spadła już purpurowa zasłona tajemnicy – wciąż nie chcemy odwracać głowy. Blichtr, dekadencja i życie w pozornej bańce są tym, co przyciąga wzrok tak, jak żarówka ćmy. Przez tysiące lat zmieniło się wiele, jednak nie próżna potrzeba czucia się wyjątkowym – bo choć nie każdy rodzi się w rodzinie królewskiej, każdy jest w stanie poprzez modę kreować swój wizerunek nawet…jeśli momentami nieco zbyt wysoko zadziera głowę, a za królewskie regalia ma służyć uznanie innych.