Nowy rok kojarzy się z metaforycznym początkiem – niemal mistycznym momentem przejścia pomiędzy tym, co już okiełznane i przyjemnie oswojone a tym, co jest tak dalekie od tego, co znamy jak to tylko możliwe. Choć wkraczamy obecnie po raz kolejny (co jest przedziwną świadomością rodem z filmów science fiction) w lata 20, w styczniu nie w głowie nam ewidentnie zamierzchłe odwołania. Przeciwnie – chętniej myślami szybujemy w przestworzach sięgając gwiazd, chcąc pławić się w srebrzystym pyle. Tym bardziej w momencie, w którym niedawno świętowaliśmy 50 rocznicę lądowania człowieka na Księżycu.
Jest kwiecień 1965. Mieszkanki Nowego Jorku drobią kroki pędząc pomiędzy samochodami. Niektóre z nich, choć spóźnione, nie mogą czekać aż do popołudnia z kupnem pewnego magazynu, redagowanego wiele lat przez kobietę o chrapliwym głosie, poruszającej się w woalu z duszącego, papierosowego dymu (mowa o Dianie Vreeland – redaktor naczelnej Harper’s Bazaar 1936-62). Oczy kobiet badawczo przyglądają się okładkom magazynów modowych – taksują rzędy zdjęć uśmiechniętych twarzy i choć Harper’s Bazaar przyzwyczaił je do wszystkiego poza zwyczajnością…żadna z nowych okładek nie przypomina im tego, do czego w jakikolwiek sposób przywykły. Nieco zniecierpliwione, przyglądają się magazynom ponownie – jeden po drugim. Zauważają w końcu tytuł na literę “h”, fluorescencyjnie wabiący nowością. Kiedy oczy po chwili przyzwyczaiły się do tego wybuchu koloru, zostały znokautowane wściekłym różem, mrugającym okiem i nieprzyzwoicie symetryczną twarzą młodziutkiej Jean Shrimpton. Tak, to był Harper’s Bazaar i nieznosząca sprzeciwu manifestacja tego, jak będzie wyglądać przyszłość – będzie młoda, odważna i bezkompromisowa.

Jednak wbrew temu, czego dotyczy artykuł, wysiądźmy na moment ze statku kosmicznego i zajmijmy wygodne miejsce w parowozie. O czym mowa? Otóż o tym, że przyszłość od zawsze stanowiła nieograniczone konwencjami źródło inspiracji – bez narzuconych przez teraźniejszość norm stanowiła czystą formę artystycznej ekspresji. Żadna myśl nie wydawała się zbyt śmiała, lub – co oczywiste – zbyt oderwana od rzeczywistości. Prócz awansu technologicznego to, co zajmowało ludzi najbardziej to codzienność. Nosząca znamiona “normalnego życia”, choć tak od niego odmienna. A jeśli mowa o codzienności, mowa również o garderobie odzwierciedlającej jak bezlitosne, szczere lustro to, w jakich czasach żyjemy.
W roku 1914, malarz Giacomo Balla jako jeden z inicjatorów ruchu futurystycznego w sztuce, zdefiniował również wytyczne dla mody – bynajmniej nie nawiązującej do ówczesnych trendów. Otóż zachęcał on do agresywnych kolorów, geometrycznych wzorów i asymetrii, promując przy tym własnoręczną dekonstrukcję krojów poprzez dodawanie/odejmowanie elementów projektu.
Nie parajmy się jednak dokładną chronologią. Nawiązując do futurystycznych trendów, zacznijmy od lat 20 i filmu, który dla wielu projektantów zdefiniował nowoczesne podejście do mody. “Metropolis” (Lang, 1927) wydaje się być przyszłościo-odporny, stanowiąc źródło nieustannych inspiracji. Począwszy od gry światłem i scenografii, na – przede wszystkim – kostiumach kończąc. Metalicznych, przezroczystych, lekkich jak migoczący ogon komety. “Blade Runner” (1982), “Piąty Element” (1997), czy “Express Yourself” (1989) Madonny można uznać za jawne nawiązanie do wzorca rodem z Republiki Weimarskiej. Pięknym hołdem dla filmu była niemiecka edycja Vogue’a z 2010 roku i sesja Karla Lagerfelda “Return to Metropolis”.
Przez kolejne dziesięciolecia, nawiązania do przyszłości pojawiały się nieustannie, raz mocniej, raz nieco mniej wyraźnie wyłaniając się z artystyczno-kosmicznej przestrzeni. Jednak nigdy nawiązania do tego, co widoczne przez teleskop nie były tak silne jak w latach 60, czyli w szczytowym momencie wyścigu kosmicznego supermocarstw. Czasy lawiny młodości, “youthquake” (jak to określiła wspomniana wcześniej Diana Vreeland), były pierwszym momentem w historii, gdy młodzi ludzie zyskali własny głos, tak silny, że był w stanie formować rzeczywistość jak plastyczną glinę. Gdyby nie eksploracja kosmosu, André Courrèges – uznawany za ojca kosmicznej mody – nie stworzyłby swoich nowatorskich biało-srebrnych kolekcji, nie promowałby ubrań z PVC i butów ówczesnej dekady, mianowicie białych go-go boots. Paco Rabanne nie zaprojektowałby ubrań z metalu przypominających kunsztowne zbroje, a kiczowata – choć postępowa – “Barbarella” nie zostałaby kultowym, seksualnie wyzwolonym filmem epoki dzieci-kwiatów. Emilio Pucci pewnie nie stworzyłby kolorowych uniformów dla linii lotniczych. Kontrowersyjna młodość manifestowała wiarę w awangardową przyszłość napędzaną stymulantem w postaci wyobraźni.

Przenieśmy się nieco w czasie i wylądujmy na przełomie lat 80, które hołdowały przerysowanym, teatralnym sylwetkom o proporcjach rozbuchanych jak nigdy wcześniej. Groteskowo szerokie ramiona i wąskie talie – właśnie w takiej estetyce odnalazł się idealnie Thierry Mugler. Tworząc archetyp mody czerpiącej z science fiction, przesiąkniętej erotyzmem dzięki krojom i użytym materiałom (lateks), a także projektom zakrawającym o niemal międzygatunkowe (skóra przypominająca łuski) nawiązania. Lata 90 to czas największej artystycznej ekspresji Muglera – wystarczy tutaj wspomnieć gorset-motor transformujący kobietę w maszynę, lub niepokojąco piękną i przerażająco odrealnioną suknię-chimerę z pokazu z 1997 roku.
Wielu twórców czuło na karku cybernetyczny oddech końca milenium, odwołując się do obaw społeczeństwa wynikających nie tylko z niemożliwego do okiełznania skoku technologicznego, lecz również upadającego porządku świata (chyba nie potrzeba lepszych dowodów na zasadność mody jako komentarza społecznego, prawda?).
Rozliczne projekty zmierzały ku minimalistycznemu nihilizmowi, jednak twórcy z teatralnym zacięciem, tacy jak mroczny geniusz Alexander McQueen, szli o krok dalej. Jego pokaz z 2010 roku “Plato’s Atlantis” był określany mianem “przyszłości”, czy “techno-rewolucji” – był pierwszym live-streamingowanym pokazem przedstawiającym postapokaliptyczny świat, gdzie przez globalne ocieplenie, ludzie zmuszeni są do skolonizowania wód i życia pod ziemią. Modelki nosiły słynne armadillo shoes – niebotycznie wysokie obcasy przypominające krabie szczypce, zdekonstruowane reptiliańskie kreacje, z włosami zaczesanymi na niemal elżbietańską modłę.
Wylądujmy teraz w czasach jeszcze bardziej współczesnych. Jest rok 2017 – pokaz ready-to-wear jesień/zima. Monsieur Lagerfeld zdecydował się przedstawić swoją wizję przyszłości ze znanym sobie rozmachem, który stał się synonimiczny z pokazami Chanel pod jego batutą. Nic nie wydawało się niemożliwe. Grand Palais w Paryżu przypominało nadzwyczajny twór potrafiący jak kameleon dostosować się do ekscentrycznych wizji o niezwykłym poziomie szczegółowości. Jako cel jednej z ostatnich pilotowanych przez siebie podróży, Lagerfeld obrał kosmos – jedyne miejsce mogące pomieścić niczym nieskrępowany i wiecznie głodny geniusz twórcy. Nie ma tu bynajmniej metafory – punktem kulminacyjnym pokazu był start rakiety Chanel, która miała nadać kosmicznego wymiaru modzie. Lagerfeld chciał oddać projektami najbardziej rozgwieżdżone niebo. Stateczny tweed został poprzetykany metalicznymi nićmi. Skrzące klejnoty piętrzyły się na opaskach, połyskiwało srebro i cekiny, błyszczały brokatowe go-go boots. To wszystko przy akompaniamencie “Rocket Man” Eltona Johna.

Wystartujmy w stronę przyszłości, aby odnaleźć alchemika mody hi-tech, czyli Iris Van Herpen, która jako pierwsza stworzyła sukienkę wydrukowaną na drukarce 3D. Romansując z wizją przyszłości i technologią, kolekcja haute couture – “Shift Souls” – z 2019 roku jest emanacją futurystycznych marzeń. Projekty zainspirowane siedemnastowiecznym atlasem gwiazd “Harmonia Macrocosmica” przyciągają wzrok niczym czarna dziura. Niebiańskie kolory rozpełzają się po gazowo-lekkich sukniach, jak kolorowe widma mgławicy. Ma być jeszcze bardziej futurystycznie? Proszę bardzo – fantastyczne projekty z organzy pomagał stworzyć Kim Keever, który uprzednio był inżynierem w NASA. Falistość, warstwowość i niezwykła plastyczność zachęcają do marzeń o miejscach, gdzie nie dotarł jeszcze nigdy żaden człowiek.
Zapatrzenie projektantów w kosmos to coś więcej niż artystyczna ekspresja – to wyrażenie obaw i nadziei związanych z tym, co nas czeka. Fascynacja wszechświatem daje nie tylko modzie – ale i światu – najczystszą okazję na to, aby spoglądać w przyszłość.
Nawiązania do kosmicznej obsesji z lat 60 mogą być jednym z objawów pandemii nostalgii – niegdyś jednak kosmiczne nawiązania oznaczały młodość i optymizm, teraz przybierają inną, nieco bardziej eskapistyczną formę. Eksploracja kosmosu zakrawa bardziej o potrzebną ucieczkę ze maltretowanej planety. Co z modą? Nietrudno wyłapać modowe tendencje zmierzające ku dystopijnym wizjom. Moda stara się interpretować to, czym jest obietnica przyszłości – nie skupiając się tylko na nowatorskich projektach, ale na innowacyjnych technikach. Tworzenie skóry z grzybów, drukowanie ubrań na drukarkach 3D, reagowanie materiałów na zmiany temperatury – to wszystko oznacza ewolucję, ale pozbawioną hurraoptymizmu. Rozważną, zrównoważoną i zaplanowaną. Zupełnie tak, jakbyśmy tym razem znaleźli się po ciemnej stronie księżyca.
