Jest rok 1993. Jean Paul Gaultier szarżuje po wybiegach, dając upust swojej nieskrępowanej wyobraźni. Bawi się w chowanego – pokazuje język. Tnie, zszywa, pruje, klei – tworzy i niszczy. Pożera inspiracje – jakkolwiek kontrowersyjne by nie były. Ma za nic poprawność polityczną. Kpi z konwenansów patrząc jedynie na wartości estetyczne. Nie inaczej postąpił w przypadku jesienno-zimowej kolekcji, gdzie modelki paradowały po wybiegu z charakterystycznymi pejsami i futrzanymi czapami.
Choć natychmiastowe skojarzenie może wydawać się wręcz nieprawdopodobne – jest jak najbardziej poprawne. Kolekcja inspirowana była ortodoksyjnymi Żydami w tradycyjnych strojach. Gaultier z rozbrajającą niewinnością przyznał, że przyglądając się Chasydom podczas wycieczki do Nowego Jorku uznał ich powiewające na wietrze stroje za niezwykle piękne i pragnął tym samym oddać hołd tradycji. Wystarczy przytoczyć najkrótszą z możliwych nazw dla kolekcji – “Szykowni Rabini”. Co łatwe do przewidzenia, wywołał burzę. Samym podjęciem tematu religijnych okryć – a i owszem, ale przy tym przewrotnością odnośnie płci. Największe kontrowersje wywołał bowiem fakt, że kobiety na wybiegu prezentowały tradycyjnie męskie fryzury i szaty (tu zarówno zwolennicy jak i przeciwnicy docenili kunszt krawiecki). Druga, liberalna część odbiorców uznała, że choć skandalicznie, Gaultier podszedł do tematu z należytym szacunkiem – reinterpretując, jednak nie bezczeszcząc symboliki. Co na to sam Jean Paul? Uznał, że jego kolekcja miała być manifestem – sprzeciwem wobec rosnącej popularności skrajnie prawicowych ideologii. Dla wielu krytyków kolekcja była świetnym zobrazowaniem tego, na ile pozwala społeczeństwo jeśli kontrowersyjne podejście do tradycji ujmowane jest w ramy artystycznej ekspresji.
